Teoretyczne państwo w praktyce, czyli dlaczego potrzebujemy komisji śledczej ds. VAT

Polacy marzą o odpowiedzialnych politykach. Wzdychamy do takich historii, jak szwedzka afera Tablerone, po której za prywatne zakupy służbową kartą posadę straciła wicepremier Mona Sahlin. Jednocześnie z dużym trudem przychodzi nam krytyka polityków popieranego przez nas obozu. Blokuje nas absolutna polaryzacja narodu. Żeby ją przełamać potrzebujemy naprawdę wielkiej afery i wielkich, realnych strat dla całego społeczeństwa. Taką „matką wszystkich afer” jest wzrost luki w VAT za rządów PO-PSL.

W ogromnym uproszczeniu można by powiedzieć, że na liberalnym i bogatym Zachodzie odpowiedzialność karna ciąży na urzędniku, który złamie prawo, natomiast polityczna – na tym, który go nominował lub powołał. Politycy podają się do dymisji gdy doprowadzą do skandalu i to nawet wtedy, gdy sami zrobili niewiele złego – wystarczy, że afera osiągnie wystarczająco dużą skalę w mediach. Tak rozumiana jest tam społeczna kontrola sfery publicznej.

Przykładem niech będzie medialny skandal, który rozpętał się wokół wicepremier Szwecji Mony Sahlin w 1995 roku. Wydała ona swoją służbową kartą na prywatne zakupy w przeliczeniu około 20.000 zł (które później zwróciła!). Tłumaczyła się, że miała dwie podobne do siebie karty płatnicze (służbową i publiczną) i to doprowadziło do pomyłki – zakupu za państwowe pieniądze pampersów, papierosów i… czekolady Toblerone (stąd wzięła się nazwa afery). W wyniku nacisku mediów, które poinformowały o nieprawidłowościach, Sahlin podała się do dymisji i później zrezygnowała również z mandatu deputowanej do szwedzkiego parlamentu.

Pod tym względem Wschód – do którego niestety w tym wypadku zalicza się również Polska – jest nieco inny. Owszem, coraz częściej u nas również pociąga się do odpowiedzialności faktycznych winowajców (albo przynajmniej znajduje się kozłów ofiarnych wśród pracowników niskiego szczebla). Jednak już ich mocodawcy lub przełożeni niemal zawsze pozostają nietknięci. Podobnie jest w przypadku, gdy prawo łamią politycy najwyższego szczebla. Nie ma takiej korupcji, której nie dałoby się wyjaśnić zapomnianym prezentem (zapominalscy szczególnie lubują się w zegarkach) lub spadkiem od dalekiego krewnego.

Przykłady takiej politycznej nieodpowiedzialności można mnożyć bez końca. W samej tylko ósmej kadencji Sejmu funkcjonują dwie komisje śledcze, których zadaniem ma być nagłośnienie, napiętnowanie winnych i wyciągnięcie odpowiedzialności za najbardziej medialne afery ostatnich lat. Mowa oczywiście o komisji weryfikacyjnej ds. warszawskiej reprywatyzacji oraz komisji ds. afery Amber Gold. Lada moment dołączy do niej trzecia: VAT-owska. Jej zadaniem ma być rozpracowanie procederu, który doprowadził do gigantycznych strat budżetu na wyłudzonym i niezapłaconym podatku od towarów i usług za rządów PO-PSL.

Tylko czy patrząc na dotychczasową skuteczność komisji śledczych i ich realne efekty (chociażby konsekwencje karne wobec osób, które wywołały dane afery) możemy stwierdzić, że się nam to narzędzie udało? Wątpiących z pewnością nie brakuje. Komisje do tej pory skuteczne były przede wszystkim w medialnej promocji ich członków, z czego dziś korzystają kandydaci Zjednoczonej Prawicy w wyborach samorządowych. Patryk Jaki na aferze reprywatyzacyjnej buduje swoją rozpoznawalność w Warszawie i ostrą linię konfliktu z obecnie rządzącą w stolicy Platformą Obywatelską. Podobnym tropem „walki z układem” idzie Małgorzata Wassermann, która buduje sobie image kobiety zdeterminowanej, gotowej do posprzątania w Krakowie po czterech kadencjach Jacka Majchrowskiego.

Na przewodniczącego komisji ds. luki w VAT wybrany został Marcin Horała, jeden z liderów „młodego PiS”. Zanim został posłem był samorządowcem z Gdyni. Dziś typowany jest na kandydata swojej partii na prezydenta tego miasta (chociaż oficjalnej nominacji jeszcze nie ma). Wszystko więc przemawia za powtórzeniem scenariusza znanego z tzw. komisji Jakiego. Znów mamy do czynienia ze skandalem za rządów Platformy Obywatelskiej. Znów poszkodowanymi są (chociaż w przypadku VAT niebezpośrednio) zwykli obywatele, którzy przegrywają w starciu ze skomplikowanym prawem i wpływowymi grupami interesu. Walczyć o interes publiczny ma zespół pod dowództwem młodego i dynamicznego polityka z ambicjami samorządowymi. Wreszcie: korzystającymi na tych procederach mają być zorganizowane grupy przestępcze, a politycy PO pociągający za odpowiednie sznurki – ich patronami, którzy pozwolili na rabunek milionów złotych. Co więc sprawia, że sprawa VAT może być wyjątkiem, który odmieni oblicze komisji śledczych i przyniesie konkretne efekty na rzecz wzmocnienia państwa?

Skala problemu

Hanna Gronkiewicz-Waltz broniąc się przed oskarżeniami o współudział w aferze reprywatyzacyjne często powtarza, że problem ten istniał na długo przed jej pierwszą kadencją. Co więcej, wskazuje ona, że Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy podpisał osobiście więcej decyzji zwrotowych, niż jego następczyni. Wiceszefowa PO sprytnie pomija tu fakt przekazania urzędnikom Zakładu Gospodarowania Nieruchomości swoich pełnomocnictw reprywatyzacyjnych. Niemniej – argument „za PiS też była reprywatyzacja” do niektórych trafia i całkiem skutecznie broni zagorzałych zwolenników PO przed powstaniem nieufności wobec Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jednak w przypadku afery VAT-owskiej ten argument nie ma szans na powodzenie.

Mówiąc o luce w VAT generalnie posługujemy się terminologią europejską – wynika to z harmonizacji tego podatku na poziomie Unii Europejskiej (dyrektywa o VAT). Wprawdzie poszczególne kraje członkowskie mogą stosować własne matryce stawek podatku, ale jego generalna konstrukcja i najważniejsze mechanizmy są takie same czy to w Polsce, czy na Malcie. Pozwala to na miarodajne porównywanie poziomu luki VAT w poszczególnych państwach UE i wyciąganie z takich porównań uzasadnionych wniosków. Niestety dla rządów PO-PSL, wnioski te są bardzo negatywne.

Rys. 1. Luka w VAT w Polsce w latach 2006-2015 [mld zł]. Źródło: szacunki PwC.

Niezależnie, czy powołamy się na szacunki Komisji Europejskiej, polskiego Ministerstwa Finansów czy firm konsultingowych (stały monitoring tego obszaru prowadzi PwC), luka w VAT w Polsce na koniec rządów PiS była jedną z najniższych w Europie (2007: 0,6% PKB; niższą miała tylko Holandia), natomiast na koniec rządów PO-PSL była jedną z najwyższych (2015: 2,8% PKB). Polska z europejskiego prymusa skuteczności poboru podatku stała się rajem dla zorganizowanych grup przestępczych. Najpopularniejszą metodą, która jednocześnie powodowała największe straty dla budżetu, były tzw. karuzele podatkowe. Proceder ten bardzo dokładnie opisał w swoim tekście Zbigniew Makowski (Rzeczy Wspólne nr 23, 2/2016), do którego odsyłam zainteresowanych. Efekt w liczbach nominalnych jest porażający. W 2015 roku mówimy już o ponad 50 miliardach (!) złotych strat dla budżetu przy 7 miliardach w roku 2007. Dla porównania: w 2015 roku na obronę narodową wydaliśmy 31 miliardów.

Nacjonalizacja OFE zamiast uszczelniania

Gwoli uczciwości należy oczywiście wspomnieć, że luka w VAT jest zjawiskiem powszechnym w całej Unii Europejskiej. Wynika to z konstrukcji regulacji unijnych, które ułatwiają wielkoskalowe wyłudzenia wykorzystując fikcyjny handel transgraniczny. Komisja Europejska zwraca na ten problem uwagę od wielu lat, rekomendując państwom członkowskim konkretne działania uszczelniające. Nie były one ukrywane w tajemnicy przed polskim fiskusem, którym ówcześnie kierował minister Jacek Rostowski. Mimo to, na tle nawet krajów naszego regionu Polska nie tylko nie podejmowała walki, ale wręcz pogrążała się w problemie i postępującej luce. Działania, takie jak wprowadzenie odwróconego VAT-u w branży prętów stalowych czy elektronicznej, wprowadzane były zbyt późno i zbyt ostrożnie. Dawało to czas mafiom na zmianę obszaru działania i kontynuowanie wyłudzeń.

W efekcie skumulowana luka w VAT za okres 2008 – 2015 wyniosła ponad 262 mld zł. Takie szacunki przedstawiło w ubiegłym roku Ministerstwo Finansów. Należy przy tym pamiętać, że sprowadzenie luki do zera wymagałoby całkowitej likwidacji szarej i czarnej strefy (półlegalnej i nielegalnej), co jeszcze nigdzie się nie udało. Samo jednak sprowadzenie poziomu luki do unijnej mediany (10,85% wobec 24,51% w Polsce w roku 2015) lub nieco poniżej niej w latach 2008 – 2015 oznaczałoby dodatkowe sto kilkadziesiąt miliardów złotych w budżecie. To mniej więcej tyle, ile Donald Tusk „zyskał” poprzez manewr przejęcia obligacji Skarbu Państwa posiadanych przez Otwarte Fundusze Emerytalne. I to jest suma jak najbardziej realna, gdyby państwo i jego organy nie były teoretyczne.

Rys. 2. Uszczelnienie/rozszczelnie systemu poboru VAT w krajach Grupy Wyszehradzkiej. Źródło: szacunki Ministerstwa Finansów.

Wspomniany już Jacek Rostowski w odpowiedzi na projekt powołania komisji śledczej ds. VAT stwierdził, że obecnie przeprowadzane uszczelnienie tego podatku to humbug. A na dodatek wszystkie te działania de facto zaczął rząd PO-PSL. Uspokajam czytelników, którzy widzą poważną sprzeczność w tych dwóch zdaniach. Politycy Platformy Obywatelskiej od prawie dwóch lat mają problem z ustaleniem wspólnej linii w sprawie uszczelnienia i po prostu lawirują jak im wygodnie między tymi dwoma skrajnościami. Warto więc zbadać, jak jest naprawdę.

Czy i kto faktycznie uszczelnił VAT?

Uszczelnienie jest jak najbardziej realne, co potwierdza PwC. W notce prasowej z początku kwietnia br. firma konsultingowa oznajmiła, że luka w VAT spadła w 2017 roku o co najmniej 13 miliardów złotych. Pozostały wzrost wpływów to zasługa dobrej koniunktury gospodarczej i rosnącej konsumpcji. Spadek luki PwC uzasadnia lepszymi (celniejszymi) kontrolami, ściślejszym prawem oraz zamknięciem całych, dużych obszarów wyłudzeń (m.in. handel paliwami).

Może w takim razie jest to przynajmniej zasługa działań ministra Rostowskiego i jego następcy, Mateusza Szczurka? Niestety dla nich, mimo zbieżności nazw narzędzi uszczelniających, dzisiejszy Jednolity Plik Kontrolny to coś zupełnie innego, niż rozwiązanie wprowadzane nieśmiało przez rząd PO-PSL. Przede wszystkim zmieniła się jego struktura oraz zakres i częstotliwość zbierania informacji. Ten biurokratyczny obowiązek, chociaż obciążył również legalnych przedsiębiorców, przyniósł jednocześnie niesamowite efekty w walce z przestępcami. Stosowany obecnie JPK pozwala na przeprowadzenie kontroli krzyżowych w VAT bez wchodzenia do firm i ekspresowe wytypowanie podejrzanych podmiotów. Wraz z wdrażanymi aktualnie rozwiązaniami informatycznymi (m.in. STIR i split payment, czyli system podzielonej płatności VAT) przesunie on administrację skarbową na serio w XXI wiek. Skorzystają na tym uczciwi podatnicy, którzy rzadziej (lub wcale) będą nękani długimi kontrolami.

Takiego „rewolucyjnego zapału” w dziedzinie cyfryzacji nie było przy Świętokrzyskiej ani za rządów Jacka Rostowskiego, ani Mateusza Szczurka. A to właśnie nowoczesne narzędzia i modernizacja struktury administracji skarbowej dały jej nową energię i znacznie podniosły skuteczność. Dość wspomnieć, że integrację jednostek terenowych organów podatkowych, skarbowych i celnych rekomendował nam od wielu lat Międzynarodowy Fundusz Walutowy, ale dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy zdecydował się na powołanie Krajowej Administracji Skarbowej.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym argumencie, który lubią powtarzać politycy PO-PSL w temacie luki w VAT. Wskazują oni często, że PiS na wysokim wzroście gospodarczym (obecnym w latach 2005-2007 i obecnie), który zachęca do uczciwszego płacenia podatków. Argument ten wydaje się być całkiem sensowny, ale przegrywa zderzenie z rzeczywistością. Przeprowadzone przeze mnie autorskie badanie ekonometryczne wpływów z VAT w latach 2005-2017 wskazują, że nawet po odfiltrowaniu cyklu koniunkturalnego (wzrost gospodarczy, wyższa inflacja, niższe bezrobocie) sam fakt sprawowania rządów przez PiS jest statystycznie bardzo istotny i przekłada się na wyższe o około 5-6% wpływy z VAT niż w sytuacji, gdy ta partia nie była u władzy. Co ważne, dzięki zebraniu dość szczegółowych danych (kwartalnych, a nie tylko rocznych), udało się uzyskać wyniki z dużym poziomem ufności. Potwierdza to tezę o priorytetowym traktowaniu uszczelnienia podatków przez PiS i w efekcie wyższej skuteczności organów skarbowych w okresach rządów tej partii.

Jak znaleźć winnych?

Odpowiedź na pytanie: „skąd konkretnie bierze się wyższa skuteczność organów dziś?” może być tropem do znalezienia winnych wypływowi miliardów z budżetu za rządów PO-PSL. Kluczowych obszarów jest kilka: prawo, procedury kontroli i nadzoru oraz ściganie przestępców. Warto pokrótce opisać główne działania, które przyczyniły się do ich uszczelnienia.

W zakresie zmian prawnych główną rolę przypisuje się nowelizacji samej ustawy o VAT oraz kilku pakietom ustaw, które mocniej uregulowały obrót towarami z branż wrażliwych (narażonych na wyłudzenia VAT). W drugim przypadku mowa m.in. o pakiecie paliwowym, pakiecie przewozowym i odwróconym podatku w branży budowlanej. Co do pierwszego – nowelizacja ustawy o VAT oznaczała zwiększenie rygorów rejestracji i wykreślenia z rejestru płatników (zamknięcie możliwości uzyskania nieuprawnionego zwrotu podatku), likwidacja rozliczeń kwartalnych (szybsza weryfikacja nieuczciwych przestępców) oraz faktyczne wdrożenie Jednolitego Pliku Kontrolnego, który dziś jest podstawą całej analityki i kontroli w Ministerstwie Finansów.

Dlaczego te działania nie były prowadzone przez poprzedników? Po części odpowiada za to ideologia liberalna, w myśl której im więcej pieniędzy w budżecie, tym mniej w kieszeni podatnika, a to źle. Brak rozróżnienia na dobrych podatników i przestępców w domyśle oznacza, że państwo jest silne w stosunku do słabych, bo na to może sobie bez problemu pozwolić, natomiast wobec silnych, np. mafii – nie reaguje lub reaguje z opóźnieniem. Mówiąc wprost: zabrakło determinacji do faktycznego zajęcia się problemem. Jeśli dodać do tego złe rozpoznanie skali i nieumiejętne dobranie narzędzi do problemu, otrzymujemy obraz statku bez steru, który miotany jest silnymi wiatrami, ale sam nie wyznacza kierunku ani nie realizuje konkretnego zadania.

Tylko czy za taką niesterowność można kogoś ukarać? To trudne, ale właściwe kluczowe pytanie, jeśli chcemy wyciągać odpowiedzialność polityczną wobec winnych. Na ile obowiązkiem polityka jest samemu, proaktywnie działać na rzecz dobra wspólnego? Można by tę kwestię zostawić wyłącznie na gruncie filozoficznym gdyby nie to, że w Polsce funkcjonuje ogromna machina biurokratyczna, której zadaniem jest takie problemy zawczasu identyfikować i im zapobiegać. Jej częścią są zespoły analityczne, które funkcjonują również w Ministerstwie Finansów. Zadaniem komisji śledczej ds. VAT będzie więc z pewnością zbadanie, czy sygnały o rosnącej lawinowo skali wyłudzeń docierały do polityków i jak oni na nie reagowali. Czy działania, które były podejmowane, miały oparcie w solidnej analityce, czy tworzono modele i symulacje, które je uzasadniały. Czy ewaluowano te działania i wyciągano wnioski z ich efektów. Jeśli praca ta była wykonywana, ale politycy ją ignorowali, to mamy już przesłanki do postawienia zarzutów o niedopełnieniu obowiązków przez kluczowych decydentów z ulicy Świętokrzyskiej, a może nawet z alej Ujazdowskich (Kancelaria Premiera). Śledztwo w tej sprawie prowadzi od II połowy 2016 roku prokuratura w Białymstoku.

Wymiar niesprawiedliwości

Wracając jeszcze do uszczelnienia, konieczne jest wspomnienie o dużej pracy wykonanej w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Ściganiu przestępstw VAT-owskich rząd Zjednoczonej Prawicy poświęca bowiem równie dużo czasu, co ich zapobieganiu. Mowa tutaj o wielu nowelizacjach, m.in. kodeksu karnego i kodeksu karnego skarbowego. W ich ramach wprowadzono nową definicję czynu zabronionego, tzw. zbrodni VAT-owskiej, czyli wyłudzenia na wielką skalę, która zagrożona jest karą do 25 lat pozbawienia wolności. W kwietniu br. po raz pierwszy prokuratorzy postawili zarzuty z tego paragrafu dla dwóch prezesów spółek, którzy wystawili 143 fałszywe faktury na łączną kwotę 443 milionów złotych. Gdyby oszustwo im się udało, okradliby budżet aż na 83 miliony złotych. Nic dziwnego, że potencjalna kara jest wysoka.

Dziwi raczej to, że za rządów PO-PSL klasyfikacja czynów związanych z wyłudzeniami podatków była wyjątkowo przyjazna dla przestępców. Złożyło się na to kilka działań. Pierwsze to likwidacja 30-procentowej sankcji karnej w VAT. Projekt ten został przygotowany jeszcze pod kierownictwem Zyty Gilowskiej, pod koniec rządów PiS. Przyjął go parlament następnej kadencji, w którym większość miała koalicja PO-PSL. Nie miał on jednak wpływu na swobodę działania karuzel podatkowych, które były źródłem największego uszczerbku dla budżet.

Kolejnymi i znacznie poważniejszymi działaniami były wyroki Sądu Najwyższego z 2008 i 2009 roku oraz podążające za nimi wytyczne dla prokuratorów. SN stwierdził w nich, że wyłudzenie podatku przy pomocy fikcyjnych faktur należy ścigać na gruncie kodeksu karnego skarbowego a nie kodeksu karnego. Teoretycznie powinno to oznaczać wyższe wyroki. Niestety, w praktyce działania polskiego wymiaru sprawiedliwości oznaczało to przymrużenie oka na te przestępstwa. Oczywiście rząd PO-PSL nie miał wpływu na decyzje Sądu Najwyższego, ale już jak najbardziej mógł przygotować nowelizacje kodeksów w taki sposób, żeby nie było wątpliwości z interpretacją i przypisaniem przestępstwa do odpowiedniego paragrafu – karnego, a nie karnego skarbowego. Niestety, na te nowelizacje trzeba było poczekać do 2016 roku.

O wątpliwościach związanych z kodeksem karnym skarbowym pisaliśmy w Fundacji Republikańskiej wielokrotnie w kontekście chociażby przemytu i nielegalnej produkcji papierosów. Problem polega na tym, że wyroki wydawane na gruncie kodeksu karnego skarbowego nie wiążą wysokości kary z wysokością uszczerbku dla Skarbu Państwa. Bardzo rzadko stosowane jest pozbawienie wolności a wysokość grzywien jest skandalicznie niska. W konsekwencji łagodnych wyroków sądów takie przestępstwa mają niski priorytet wśród prokuratorów prowadzących często wiele spraw jednocześnie.

Problem ten pogłębiło dodatkowo fatalne w skutkach zalecenie, które wydał na początku 2009 roku Krzysztof Parchimowicz, ówczesny dyrektor Biura do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Polecił on prokuratorom kwalifikowanie wyłudzeń VAT wyłącznie w oparciu o przepisy kodeksu karnego skarbowego, a także wyselekcjonowanie spraw zagrożonych przedawnieniem oraz nakazał przygotowanie alternatywnych wniosków o wymiar kary w oparciu o przepisy kodeksu karnego skarbowego, które przewidują niższe kary. Wskazał on także na brak możliwości stosowania tymczasowego aresztowania w oparciu o przesłankę zagrożenia surową karą. O tym zaleceniu poinformował w ubiegłym roku Bogdan Święczkowski, obecny Prokurator Krajowy.

Co w praktyce oznaczała ta zmiana nastawienia? Przede wszystkim – poświęcenie mniejszej uwagi i zasobów na przestępstwa związane z wyłudzeniami VAT a w konsekwencji większą swobodę działania zorganizowanych grup przestępczych. Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji na koniec rządów PO-PSL: w Polsce działało więcej mafii wyłudzających podatki niż handlujących narkotykami, ludzkim towarem czy wymuszających okupy. Oszustwa podatkowe dawały świetne zyski przy niskim ryzyku wpadki.

Na przykładzie prokuratora Parchimowicza widać, że możliwe jest powiązanie konkretnych działań lub zaniechań z ich wielkoskalowymi efektami. To już tylko krok od wskazania winnych (odpowiedzialnych politycznie) i tym właśnie musi zająć się komisja śledcza ds. VAT. Potrzebne będzie do tego bardzo drobiazgowe przeanalizowanie tysięcy stron decyzji i regulaminów, które kształtowały działania organów państwa w zakresie walki z wyłudzenia podatków, ale właśnie po to komisja śledcza dysponuje zapleczem analitycznym. Jednocześnie musi mieć ona takie możliwości i moce przerobowe, żeby wskazać nie tylko indywidualnych winowajców, ale również opisać systemowo cały ten problem. Bez dokładnego zmodelowania mechanizmów, które pozwoliły na masowe wyłudzenia VAT, nie będzie możliwe rekomendowanie zmian, które uchronią Polską przez ponownym popadnięciem w funkcjonalny niedowład. Albo przynajmniej przygotują „broń” – prawo, urzędników, procedury – do kolejnego starcia z mafiami, które pojawią się na niezbadanych jeszcze obszarach.

Konieczna kara śmierci… politycznej

Zadaniem komisji śledczej ds. VAT w sferze politycznej jest uruchomienie tak brakującego mechanizmu samooczyszczania elit politycznych. Zebrane dowody i poszlaki, nawet jeśli nie wystarczą do wsadzenia polityków do więzień, muszą wystarczyć do przekonania społeczeństwa oraz (a nawet: przede wszystkim!) partii i środowisk, z których wywodzą się winni, że nie można im już ufać. Ostracyzm społeczno-polityczny, wobec wciąż słabo działającego wymiaru sprawiedliwości, jest absolutnym minimum. Tak się składa, że akurat komisje śledcze mają narzędzia i możliwości, żeby do niego doprowadzić. Wpływ ten bierze się z dużego zainteresowania mediów ich posiedzeniami oraz z możliwości wzywania ważnych świadków i ich publicznego przesłuchiwania.

Ryzyko, które pojawia się w tym obszarze, to postawienie na piedestale nie winnych, ale samych członków komisji. Strach przed zbudowaniem poparcia dla oskarżonych często powoduje, że członkowie komisji śledczych woleli promować siebie stosując głównie chwyty erystyczne i formułując kontrowersyjne tezy. Jeśli komisja ds. VAT ma osiągnąć zamierzony efekt, musi się skupić na podejrzanych, a nie na sobie. Tym bardziej, że pracy będzie dużo a wraz z nią pojawi się pokusa pójścia na łatwiznę i nastawienia prac wyłącznie na mobilizację własnego elektoratu. Szafowanie liczbami i nazwiskami, domniemania i sugestie – to generalnie prostsze czyny niż żmudne przekopywanie się przez sterty papierów i analizowanie ex-post podjętych działań legislacyjnych czy proceduralnych.

Niestety, tylko pójście dłuższą i bardziej wyboistą ścieżką daje szansę na rozliczenie całego układu polityczno-gospodarczego, który stał za wyłudzeniami na wielką skalę. Skuteczność w tym obszarze będzie liczona przede wszystkim zakończonymi karierami skompromitowanych polityków, urzędników, prokuratorów czy sędziów. Ich publiczne napiętnowanie musi się stać częścią racji stanu, gdyż kwoty, które stracił Skarb Państwa na wyłudzeniach VAT nie trafiły ani do szerokiego elektoratu Zjednoczonej Prawicy, ani do opozycji. To strata dla całego społeczeństwa. Tak też musi to zostać wytłumaczone Polakom z obu stron politycznej barykady. Wyrok śmierci politycznej nie zostanie bowiem wykonany na politykach PO-PSL przez polityków PiS, ale przez wyborców tych pierwszych lub przez elity tych partii.

Skoro w Polsce nadal niemożliwe (albo przynajmniej nieprawdopodobne) jest to, że polityk oskarżany o malwersację publicznych pieniędzy podaje się do dymisji i rezygnuje z kariery, to trzeba wywołać takie oczekiwanie społeczne wśród mediów i opinii publicznej. Będzie to swego rodzaju bypass zdrowego społeczeństwa obywatelskiego, które samo oczyszcza elity polityczne. A w przyszłości – kto wie, może stanie się fundamentem pod niezależne od państwa ośrodki jego kontroli.

Podsumowanie

Na przykładzie rozszczelnienia systemu podatkowego widać, jak źle rozumiany liberalizm demoluje instytucje państwowe. Politycy hołdujący tej ideologii zastępują interes publiczny interesem wąskich grup biznesowo-mafijnych. W kontrze do takiego liberalizmu stoi dziś republikańska wizja państwa, która oznacza budową państwa silnego wewnętrznie i zewnętrznie oraz przede wszystkim sprawczego, czyli funkcjonalnego i faktycznie podejmującego działania zgodne z interesem swojego narodu.

Żebyśmy mogli w Polsce mówić o odpowiedzialności politycznej z prawdziwego zdarzenia, niezbędne jest zbudowanie społecznej i instytucjonalnej kontroli nad kluczowymi elementami systemu politycznego. Co więcej, konieczne jest wyciąganie konsekwencji wobec tych polityków, którzy torują drogę do strat budżetowych na każdą skalę. W przypadku najpoważniejszych afer muszą się one kończyć polityczną śmiercią winowajców. To różni Wschód i Zachód, a przecież aspirujemy do tego drugiego.

Takie oczyszczenie będzie paradoksalnie korzystne dla obu stron sporu. Stanie się bowiem „rozrusznikiem” mechanizmu krążenia elit, który w cywilizacji Zachodu jest jednym z fundamentów sprawnego społeczeństwa. Na nim można budować zdrową konkurencję między politykami i działaczami społecznymi, która motywuje do uczciwości i podnoszenia kwalifikacji. Oczywiście nie podoba się to starym liderom, którzy najchętniej zakonserwowaliby układy wewnątrzpartyjne. Na to jednak jedynym lekarstwem może być czas, który elitom postsolidarnościowym powoli się kończy.

Proces oczyszczenia może zacząć się od skutecznych działań komisji ds. VAT, ale trzeba mieć świadomość, że jego wymiar będzie dużo szerszy. Ostatecznie chodzi o to, żeby zwinąć parasol ochronny (przyjazne media, grupy wsparcia wśród społeczeństwa, wierni wyborcy) znad głów skompromitowanych polityków – ale nie ręcznie, nie ten jeden raz, tylko systemowo. Takie procesy w przyszłości muszą dziać się automatycznie. Skala afery VAT-owskiej predestynuje ją do tego, żeby faktycznie stała się wytrychem do zamkniętych drzwi świata politycznego dla młodych, niesplamionych liderów. Tym bardziej, że mamy już jaskółkę w postaci afery reprywatyzacyjnej. Nieprawidłowości w warszawskim ratuszu a potem komisja Jakiego doprowadziły do tego, że Hanny Gronkiewicz-Waltz nie broni już Gazeta Wyborcza, rozwija się kariera Jana Śpiewaka a tysiące lokatorów zagrożonych wpadnięciem w ręce mafii reprywatyzacyjnej śpi nieco spokojniej.

Czy komisja ds. VAT osiągnie podobne efekty? A może większe? Mam taką głęboką nadzieję. W końcu za te miliardy, które zostały wyłudzone z budżetu, można byłoby kupić znacznie więcej, niż papierosy, pampersy i czekoladę.

Podziel się!