Obywatelskie Wojsko Polskie

1 stycznia 2017 r. weszła w życie ustawa powołująca wojska obrony terytorialnej. Jest odpowiedzią na społeczne zaangażowanie Polaków działających na rzecz obronności w związkach strzeleckich, stowarzyszeniach proobronnych i grupach paramilitarnych. To pierwsza systemowa reforma w III RP realizowana oddolnie

Na naszych oczach dotychczasowy europejski ład geopolityczny, ustalony po 1989 r., chwieje się w posadach. Europejskie społeczeństwa, kierowane naturalnym odruchem obronnym, coraz głośniej wyrażają chęć wzmocnienia potencjału służb porządkowych (w tym służb specjalnych) i wojska. Niektóre z nich już wymusiły konkretne zmiany. We Francji w II połowie 2016 r. rozpoczęło się odtwarzanie ochotniczej Gwardii Narodowej, Skandynawowie przywracają powszechny pobór, a Bałtowie zwiększają wydatki na obronność o kilkadziesiąt procent rocznie. Niebezpieczeństwa są bowiem realne – z jednej strony islamski terroryzm, który trapi Zachód, a z drugiej rosnąca agresja Rosji, której coraz bardziej obawia się wschodnia flanka Unii Europejskiej. W Polsce jeszcze do niedawna odpowiedzią na takie zagrożenie były deklaracje w stylu: „Jeśli będzie wojna, to uciekam na Zachód”.

„Tutejsi” powoli stają się jednak pełnoprawnymi obywatelami, którzy już nie tylko żądają, lecz także biorą na siebie odpowiedzialność. Wraz z postępem gospodarczym dokonuje się również zmiana w mentalności Polaków i w ich stosunku do dobra wspólnego – ojczyzny. Rozbudzone oczekiwanie zwiększenia potencjału obronnego zostało obudowane odpowiednimi strukturami. W niemal każdym zakątku Polski istnieje dziś organizacja strzelecka lub paramilitarna. Środowisko się integruje i coraz częściej mówi wspólnym głosem. Jednym z jego żądań jest od lat odtworzenie ochotniczej obrony terytorialnej. Dziś już wiemy, że zostało ono spełnione.

Na naszych oczach rodzi się prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, które dodatkowo potrafi prowadzić dialog z władzą i osiągać cele polityczne. Wbrew woli zawodowych społeczników, telewizyjnych ekspertów i gazetowych autorytetów nie powstało ono ze środowiska liberalnych NGO zajmujących się wykluczeniem i mową nienawiści. Mamy do czynienia z pozytywną republikańską rewolucją. Jak sprawić, żeby ta energia nie została zmarnowana, a powstałe struktury służyły nie tylko do celów proobronnych?

Wojsko w procesach państwowotwórczych

Zastanawiając się nad tym, co wojsko może dać narodowi poza bezpieczeństwem, warto przeanalizować jego dotychczasową rolę w historii Polski i świata. W książce „Socjologia. Wielkie struktury społeczne” Jan Turowski dzieli historię kształtowania się państw na trzy etapy ewolucji: fazę wodzów militarnych, fazę państwa patrymonialnego i fazę państwa nowożytnego. Różnią się one rolą i sposobem przywództwa, a co za tym idzie – zakresem zadań dla wojska jako narzędzia sprawowania władzy.

Pierwsza faza polegała na tworzeniu w danym społeczeństwie plemiennym lub w ramach kilku sąsiednich plemion stanowiska i powoływaniu na nie osoby do wykonania określonego zadania, najczęściej wodza militarnego w związku z konfliktami terytorialnymi. Wojownicy byli w niej grupą szczególnie uprzywilejowaną, pierwszą w kolejności do podziału łupów.

W drugiej fazie kształtowania organizmów państwowych tworzyły się stałe instytucje władzy. Najczęstszą ich postacią była funkcja monarchy posługującego się dworem, czyli zespołem urzędów. Cechą tej fazy było traktowanie państwa jako własności władcy. Stałe wojsko było kręgosłupem państwa – tereny, które kontrolowało, były domeną monarchy wydającego rozkazy zbrojnym. Dowódcy stawali się więc głównymi aktorami, którzy nierzadko, np. poprzez zamachy stanu, przejmowali rolę władców. W tym okresie funkcjonowania państw trudno mówić jeszcze o społeczeństwie w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, ale jeśli przyjąć całą ludność danego terytorium za protoplastę narodu, to wojskowi już wtedy stanowili jego elity. Monarchowie, doceniając istotną rolę najbardziej charyzmatycznych dowódców, nadawali im ziemie z podległego sobie terytorium, w zamian oczekując stałej gotowości i wierności. Był to początek istnienia państw feudalnych, w których wykształciła się grupa zawodowych żołnierzy – rycerstwo. Wraz ze wzrostem jej wpływu i z kolejnymi przywilejami królewskimi monarchia patrymonialna powoli stawała się monarchią stanową. Rycerstwo, jako najsilniej zorganizowana grupa ją zasiedlająca, przyjmowało na siebie pierwsze obowiązki wobec ludu, takie jak organizacja życia gospodarczego, a we współpracy z klerem prowadziło również działalność religijną i edukacyjną.

Powstanie rycerstwa, a później jego przekształcenie w stan szlachecki, miało ogromny wpływ na historię dzisiejszych społeczeństw. Uprawnione jest stwierdzenie, że ta warstwa stała się zaczynem nowoczesnych narodów, czyli wielkich struktur społecznych połączonych wspólną historią, kulturą i jednym językiem. Aż do XVIII–XIX w. najliczniej zasiedlający Europę chłopi byli tylko „tutejsi” i nie poczuwali się do żadnej większej wspólnoty poza religijną. To właśnie w stanie szlacheckim rozwijała się tożsamość narodowa, którą dziś moglibyśmy nazwać postawą obywatelską.

W tym miejscu należy zaznaczyć, że już w czasach późnego średniowiecza wojsko i stan rycerski były dwiema oddzielnymi grupami, które tylko częściowo się pokrywały. Duże konflikty zbrojne wymagały licznych armii, do których wcielano również prosty lud – nierzadko zresztą siłą. Wyższe stanowiska zarezerwowane były niemal wyłącznie dla lordów i ich synów, ale ich udział w całej liczebności wojsk malał. Dotychczas elitarna służba – chociaż niebezpieczna, to dająca możliwość dorobienia się ogromnego majątku – stała się więc znacznie bardziej dostępna. Historia zna przykłady niewolników, którzy dzięki wieloletniej służbie doszli do stanowiska dowódcy. Można więc wyciągnąć wniosek, że armia nawet w czasach przednowożytnych pozwalała na awans społeczny.

Rycerstwo w monarchii stanowej odgrywało jeszcze jedną rolę, istotną dla ówczesnych państw – nierzadko stawało się przeciwwagą dla monarchy, który chciałby dzierżyć władzę absolutną. Ta funkcja szczególnie mocno widoczna była w historii I Rzeczypospolitej po wykształceniu wyraźnie oddzielonego od innych stanu szlacheckiego, który miał kluczowy wpływ na prawodawstwo – tworzył Sejm. Specyficzne dla naszego kraju było to, że aż do późnego XVIII w. król nie miał własnego, licznego wojska. Prawie cały wysiłek obronny spoczywał właśnie na szlachcie, która w formie pospolitego ruszenia stanowiła główną siłę armii obronnej. Władysław IV dokonał w tym względzie pewnych reform, wprowadzając autorament cudzoziemski i narodowy, ale nadal szlachta – husaria i pancerni – stanowiła o sile polskiego wojska. Z jednej więc strony zapewniała bezpieczeństwo Rzeczypospolitej, a z drugiej – pełniła funkcję stabilizacyjną i regulacyjną wobec króla.

Wreszcie w trzeciej fazie kształtowania państwa doszło do separacji administracji publicznej od monarchy i jego dworu. Własność prywatna władcy ostatecznie oddzieliła się od własności publicznej. Władza państwowa uległa centralizacji, stając się władzą biurokratyczną. Wojsko nierzadko odgrywało w tych procesach kluczową rolę. W historii wielu narodów kadry młodych oficerów stanowiły główną siłę napędową rewolucji. Działali oni w celu obalenia starych władców, którzy odeszli od systemu monarchii stanowej do monarchii absolutnej, oznaczającej dla dotychczasowych elit (potomków rycerstwa) utratę podmiotowości. Wyjątkowym przykładem takiego procesu była Turcja czasów Mustafy Kemala, zwanego później Atatürkiem. Doprowadził on do obalenia sułtana, odrzucenia traktatu pokojowego z Sèvres (który oznaczał de facto rozbiór Turcji) i zastąpienia zacofanej monarchii nowoczesną republiką. Jako charyzmatyczny dowódca i polityk miał silne poparcie zarówno wojskowych, jak i cywili. Jego głębokie reformy nie mogłyby się powieść bez wsparcia armii – najpierw pozwoliła mu ona obronić niepodległość kraju przed państwami ententy, a później, po zakończeniu wojny, stała się gwarantem gruntownych zmian ustrojowych. Gwarantem całkiem serio – wojskowe zamachy stanu, dokonywane przynajmniej deklaratywnie w imię przywrócenia kemalizmu, odbyły się w latach: 1960, 1971, 1980, 1981 i 2016.

Rola wojska w historii Polski

Powyżej opisane zostały pokrótce dzieje Polski w czasach, gdy obowiązek obronny osobiście wykonywała szlachta, z niewielkim tylko udziałem stanów niższych. Okres ten zakończył się oficjalnie w 1717 r., gdy na Sejmie Niemym wprowadzono powszechny podatek, z którego miało być finansowane stałe wojsko zawodowe w sile 24 tys. żołnierzy. Z dalszej historii Rzeczypospolitej wiemy, że liczba ta była niewystarczająca do zapewnienia samodzielności, ale warto odnotować, że był to pierwszy krok w kierunku polskiego wojska zawodowego. Królowie sascy, a później Stanisław August Poniatowski, próbowali zwiększać podatki na armię, ale ingerencje sąsiadów (głównie Rosji) i zrywanie sejmów przez przekupionych posłów skutecznie uniemożliwiały wszelkie reformy. Oznaczało to, że liczące w szczycie około 40 tys. żołnierzy wojsko polskie (w porównaniu ze 140 tys. żołnierzy Prus i 200 tys. Rosji i Austrii) przestało zapewniać bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne. Polska od sejmu repninowskiego była pod faktycznym protektoratem Rosji, a funkcję kontrolną władz Rzeczypospolitej przejęły wojska carskie. Jedynym pozytywem czasów II połowy XVIII w. było utworzenie przez króla Stanisława Augusta Szkoły Rycerskiej w Warszawie. Oficjalnym powodem jej założenia było stworzenie dobrych kadr oficerskich, których w polskim wojsku zdecydowanie brakowało. Nieoficjalnie natomiast – wykształcenie patriotycznych elit, które miałyby walczyć o utrzymanie niepodległości i gruntowne zreformowanie Rzeczypospolitej. Cel ten określił książę Adam Kazimierz Czartoryski w przemowie do kadetów z 1766 r.: „Wy tę w najopłakańszym stanie zostającą Ojczyznę waszą powinniście zaludniać obywatelami gorliwymi o jej sławę, o uwiększenie jej mocy wewnętrznej i poważania postronnego, o poprawę rządów w gatunku swym najgorszych. Niech was prowadzi ta zacna ambicja, żebyście odmienili starą postać Kraju”.

Ponownie pojawia się więc funkcja elitotwórcza, z tym że w XVIII w. zdecydowanie bliżej było już Polakom do współczesnej definicji narodu, a więc i jego elity miały realizować inne zadania. Nie chodziło o stworzenie nowego stanu wyższego, dominującego nad pospólstwem, ale o wykształcenie światłych, kulturalnych obywateli, gotowych do poświęceń na rzecz wspólnoty i będących dla niej wzorem.

Zmierzch I Rzeczypospolitej oznaczał oczywiście likwidację niezależnego polskiego wojska. Dramatyczna końcówka XVIII w. spowodowała obrośnięcie czynu zbrojnego symboliką aktualną po dziś dzień. Walka o odzyskanie i utrzymanie niepodległości stała się integralną częścią polskości, taką jak polski język i pamięć o przodkach. Można więc stwierdzić, że wojsko – chociaż nieistniejące – pełniło w okresie zaborów istotną funkcję symboliczną. To natomiast, które na służbie zaborców zachowało jakąś niezależność (np. w Królestwie Kongresowym), kultywowało dawne tradycje i stawało się ośrodkiem tętniącej polskości.

Przełom XIX i XX w. przyniósł Polakom nadzieję na niepodległość. W oczekiwaniu na konflikt zbrojny między zaborcami, który mógłby doprowadzić do odbudowania Rzeczypospolitej, powstały liczne organizacje paramilitarne, żeby wspomnieć tylko słynny Związek Strzelecki, utworzony w 1910 r. we Lwowie. Z tych organizacji – początkowo małych, lokalnych, o nieformalnym charakterze – w ciągu kilku lat wykształciły się zorganizowane struktury wojskowe, które położyły fundament pod odtworzone Wojsko Polskie II RP. Ten okres jest szczególnie ciekawy dla niniejszych rozważań, gdyż pokazuje on proces odwrotny do dotychczas opisanego – tym razem to związek obywateli stworzył armię. Jeśli szukamy historycznych analogii do dzisiejszej obrony terytorialnej, to Legiony Polskie są z pewnością ciekawą propozycją.

Totalny charakter XX-wiecznych konfliktów był szokiem dla  społeczeństw ówczesnej Europy. Dotychczas nawet najpoważniejsze wojny nie były tak odczuwalne dla mas i obciążały co najwyżej ich kieszenie. Od I wojny światowej uległo to zmianie – do wojsk powoływano setki tysięcy, a nawet miliony obywateli, gospodarki były przestawiane na wojenne tory, co powodowało braki dóbr konsumpcyjnych i głód, a propagandowe machiny podsycały nienawiść do przeciwnika, dotychczas nieznaną masom. Armia stała się znów najważniejszym elementem państwa, a ponadto niejako odbiciem stanu ducha narodu – reprezentując jego wolę zwycięstwa kosztem najwyższych poświęceń. Można w tym przypadku powiedzieć o funkcji reprezentacyjnej w rozumieniu takim, że siła wojska przedstawiała siłę narodu. Ta funkcja wojska była szczególnie poważnie traktowana przez społeczeństwo II Rzeczypospolitej. Nikt nie śmiał oszczędzać na  obronności, a żołnierze cieszyli się powszechnym szacunkiem. Polacy doskonale zdawali sobie sprawę, że w niespokojnych czasach tylko szczerzenie kłów może zapewnić bezpieczeństwo.

Niestety, mimo powszechnego trudu gospodarczego nie wystarczyło to do trwałego zabezpieczenia niepodległości. Polska przegrała II wojnę światową, a utworzone na naszym terytorium przez ZSRR państwo polskie korzystało de facto z obcego aparatu i wojska, nawet jeśli służyli w nim etniczni Polacy. Świadomość ta była silna nie tylko wśród przedwojennych elit. Przez cały okres PRL Polacy nie mieli dobrego zdania o Ludowym Wojsku Polskim, traktując je jako obce ciało, które wprawdzie dba o ich bezpieczeństwo, ale tylko dlatego, że mieści się to w jego szerszych planach operacyjnych. Zresztą, stosunek do zwykłego żołnierza w LWP był zdecydowanie gorszy niż przed wojną – decydowało o tym przyjęcie sowieckich wzorów, które z kolei wypływały z kultury turańskiej, w której nie dba się o jednostki i absolutnie dopuszczalne jest „zużywanie” kapitału ludzkiego en masse.

Podobnie było w PRL z organizacjami „obywatelskimi” i „ochotniczymi”: Obroną Terytorialną Kraju i Ligą Obrony Kraju. Miały one istotne zadania systemowe związane z bezpieczeństwem wewnętrznym i ze wsparciem LWP. Przynosiły pewne korzyści społeczeństwu, gdyż upowszechniały wiedzę i umiejętności przydatne nie tylko w czasie wojny. Przede wszystkim jednak, razem z całym aparatem państwa komunistycznego, miały za zadanie stworzenie nowego człowieka o nowej, komunistycznej mentalności. Mówiąc wprost: wojsko i jego „obywatelskie” odnogi pełniły w PRL ważną funkcję propagandową. Często indoktrynowano całkiem wprost, poprzez odpowiednie pogadanki, literaturę i kontrolę społeczną. Promowano postawy służalcze, a tępiono samodzielność.

Nic więc dziwnego, że po Okrągłym Stole nikt w Polsce nie chciał umierać za armię. Nowy ład geopolityczny poupadku muru berlińskiego wymusił na krajach dawnego Układu Warszawskiego daleko idącą demilitaryzację. Oznaczała ona w praktyce likwidacją OTK i znaczne uszczuplenie stanu Wojska Polskiego (pozbawionego wreszcie przymiotnika „Ludowe”). Europejczycy zachłysnęli się wolnością, uwierzyli w koniec historii i światowy pokój. W tej bajce nie było miejsca na obywateli pod bronią ani programy modernizacyjne wojska.

Kolejne lata i kolejne sukcesy polskiej dyplomacji utwierdzały nas w przekonaniu, że wystarczy nam niezbyt liczne wojsko zawodowe, a jego modernizacja nie musi być priorytetem. Wejście do NATO i Unii Europejskiej istotnie zwiększyło poczucie bezpieczeństwa poprzez zobowiązania sojusznicze. Kolejne rządy traktowały budżet MON jako rezerwę, z której w razie potrzeby można wyciągnąć kilka miliardów złotych i przekazać je na inne, ważniejsze cele – np. programy socjalne. W połączeniu z nieudolnym przekształcaniem sektora zbrojeniowego doprowadziło to do wygaszenia jakiejkolwiek własnej kreatywności i innowacyjności, a dalej – do faktycznego uzależnienia polskiego wojska od zachodnich sojuszników w dziedzinie zaawansowanych technologii. Doskonałym przykładem był projekt AHS Krab, na który Bumar Łabędy zmarnował blisko 15 lat prac i niezliczone miliony złotych. Ostatecznie armatohaubice składane będą w Stalowej Woli, ale z podwozia przywiezionego z Korei Południowej i brytyjskiej wieży AS-90. Jest to o tyle istotne, że dobrze funkcjonujące wojska zachodnie kooperują z lokalnymi dostawcami i przemysłem zbrojeniowym, nierzadko tworząc wysokotechnologiczne klastry. Wojsko, jako pewny i długofalowy inwestor, może finansować skomplikowane badania naukowe. W wielu krajach pełni więc funkcję badawczo-rozwojową, inwestycyjną i innowacyjną. Niestety, Polska nie jest dziś jednym z takich państw.

Historyczne dywagacje na temat polskiej armii zamyka jego pełna profesjonalizacja, do której doszło po 2008 r. Rząd Donalda Tuska, niesiony głosami młodych, całkowicie zawiesił pobór. Przyjęta została doktryna, wedle której Polska nie graniczy z żadnym wrogim państwem, a nasze wojsko ma mieć charakter ekspedycyjny. Oznaczało to w praktyce, że ze skoszarowanych kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy maksymalnie 20 proc. (uczestnicy misji zagranicznych) miało wysoką wartość bojową. Pozostali byli traktowani po macoszemu – MON obcinało budżety na szkolenia i limity amunicji do treningu.

Rok 2014 był wielkim szokiem dla polskich elit cywilnych i wojskowych. Dotychczasowe założenia legły w gruzach, a rządzący zostali przyłapani z opuszczonymi spodniami. Na szczęście nasz naród jest dziś na innym etapie rozwoju niż w 1989 r., kiedy daliśmy się uwieść politykom opowiadającym bajki. Dziś organizujemy się sami i sami chcemy zadbać o swoje bezpieczeństwo.

Pozamilitarne role armii

W poprzedniej części tekstu opisane zostały role, które wojsko odgrywało na różnych etapach formowania organizmów państwowych. Wraz z ich rozwojem armia (rozumiana zarówno jako ludzie – żołnierze, jak i zhierarchizowana struktura) była więc: kręgosłupem monarchii wyznaczającym jej zasięg i siłę (funkcja terytorialna), pierwszą wyraźną elitą, czyli grupą ludzi o wyjątkowym statusie majątkowym, mających wpływ na otoczenie (funkcja elitotwórcza), przeciwwagą dla monarchy (funkcja stabilizacyjna i kontrolna), a także organizacją dającą szansę na awans społeczny, kultywującą cnotę i zarysowującą tożsamość narodową (funkcja tożsamościowa). Wojskowi, wychowani i wykształceni w duchu patriotycznym, nierzadko stawali się politykami i decydowali o losach narodów, a armie przez nich dowodzone gwarantowały i utrzymywały w mocy reformy  polityczne oraz gospodarcze.

Tam, gdzie okoliczności były niesprzyjające, armie pełniły funkcję symboliczną – czyn zbrojny  utożsamiano z niepodległością i podtrzymywaniem tożsamości narodu. Ich siła w trakcie wojny bywała często odzwierciedleniem stanu ducha i woli zwycięstwa narodu. Wojsko pełniło więc również funkcję reprezentatywną… chyba że była to armia narzucona siłą, obca, tak jak Ludowe Wojsko Polskie. Społeczeństwo traktowało je nieprzychylnie, dlatego musiało ono pełnić również negatywną (względem narodu) funkcję propagandową, budując fałszywy, pozytywny obraz. Na szczęście działania te były generalnie nieskuteczne, poza drobnymi wyjątkami, które akurat wyszły nam wszystkim na dobre, takimi jak np. podnoszenie dumy narodowej przez defilady wojskowe.

Armie na przestrzeni wieków odgrywały jeszcze jedną, prozaiczną, ale istotną rolę. Ze względu na swój formalny, zhierarchizowany charakter działały one integrująco na żołnierzy. Tworzyły grupy towarzyskie i wspólnoty interesów. Ta funkcja integracyjna jest szczególnie istotna we współczesnych społeczeństwach, w których konsumpcjonizm i indywidualizm osłabiają więzi społeczne. Warunkiem tworzenia takich pozytywnych powiązań międzyludzkich jest jednak konieczność oparcia wojska na słusznych postawach moralnych i dobrej organizacji. Likwidacja zjawiska fali niewątpliwie miała na to wpływ. Jeśli doda się do tego większy nacisk na proaktywność dowódców najwyższego szczebla oraz rozwój krajowych technologii i nowoczesnych technik pola walki, to armia może stać się głównym ośrodkiem innowacyjnym państwa, tak jak np. w Stanach Zjednoczonych i Izraelu.

Armia prawdziwie obywatelska

Mamy dziś niewątpliwie do czynienia z kryzysem ładu geopolitycznego i gospodarczego w Europie. Kryzys jednak to też szansa – upadek starych mocarstw tworzy miejsce dla nowych, a społeczeństwa postawione pod ścianą są w stanie się szybciej zmodernizować lub przypomnieć sobie o kluczowych wartościach, na których zostały zbudowane. W Polakach odradza się przedwojenny, żołnierski duch. Najlepszą decyzją, jaką może w tym momencie podjąć rząd, jest pójście za tym trendem i spełnienie oczekiwań obywateli. Z pewnością wzmocnienie wojska zawodowego przez ochotniczy komponent terytorialny istotnie zwiększy jego siłę militarną. Czy jednak to jest wszystko, co możemy osiągnąć? Historia uczy nas, że nie. I warto wyciągnąć z niej wnioski.

Obywatelskie zaangażowanie w tworzenie obrony terytorialnej należy przede wszystkim sformalizować, ale niekoniecznie w postaci zaciągu wszystkich zainteresowanych do wojsk obrony terytorialnej. MON musi zrozumieć, że nie każdy członek Strzelca czy ObronyNarodowej.pl będzie chciał podpisać kontrakt – z różnych względów, chociażby zawodowych lub rodzinnych. Niezależne organizacje proobronne są potrzebne wojsku jak woda rybie – to dzięki nim rekrutowani żołnierze będą mieli co najmniej wstępne obeznanie z bronią, podstawową wiedzę taktyczną i strategiczną. Wreszcie to one będą pełniły pozytywną funkcję propagandową poprzez upowszechnianie takiej formy zaangażowania społecznego jako pożytecznej, zdrowej i przyjemnej. Czyli – mówiąc językiem młodzieży – to one sprawią, że obrona terytorialna będzie uważana za coś fajnego i modnego.

MON w zamian powinno włączać członków tych organizacji w swoje programy szkoleniowe, wyposażać ich w sprzęt niezbędny do treningu i chętniej dzielić się infrastrukturą terenową, z której samo korzysta tylko z rzadka (strzelnice wojskowe, poligony). Oczywiście, wszystko w granicach rozsądku i z odpowiednią kontrolą, również kontrwywiadowczą – na pewno nikt nie chciałby wyposażać w granatniki prorosyjskich falangistów. Wszystko wskazuje na to, że takie ruchy są podejmowane. Biuro ds. Proobronnych działające w MON uruchomi pod koniec stycznia program „Paszport”, w ramach którego przedstawiciele organizacji proobronnych będą mogli brać udział w szkoleniach weekendowych prowadzonych przez wybrane oddziały Wojska Polskiego. Następnie mają oni przekazać zdobytą wiedzę pozostałym członkom swoich oddziałów, a całe komponenty na koniec rocznego szkolenia mają przystąpić do egzaminów sprawdzających wiedzę i sprawność. Każda grupa, która spełni minimum MON, uzyska dostęp do większego wsparcia i zyska możliwość szerszej współpracy.

Zbudowanie szerokiej sieci organizacji współpracujących z państwem, otrzymujących fundusze na zadania zbieżne z interesem publicznym, a na dodatek apolitycznych (warunek MON), to doskonały wstęp do upodmiotowienia i usamodzielnienia społeczeństwa. Administracja będzie w takim scenariuszu wspierać postawy jak najbardziej mieszczące się w republikańskiej definicji zaangażowania obywatelskiego (troska o dobro wspólne – bezpieczeństwo narodowe), a jednocześnie nie będzie oskarżana o faworyzowanie „swoich” lub organizacji bliskich ideowo czy politycznie. Może to doprowadzić do wykształcenia się zupełnie nowej grupy wyborców –  zdystansowanych wobec bieżących sporów politycznych, a jednocześnie realnie zaangażowanych w działania na rzecz ojczyzny. Mogłaby być ona dla sfery politycznej tym, czym dla gospodarki jest klasa średnia – stabilizującym filarem i silnikiem napędzającym do rozwoju. Mężowie i ojcowie działający w organizacjach proobronnych przyczynialiby się też do popularyzowania wzorców pozytywnego poświęcenia, męstwa i odwagi. Stawaliby się rodzinnymi, a z czasem nawet lokalnymi autorytetami – nowymi elitami IV RP.

Stworzenie ogólnopolskiej siatki organizacji proobronnych i jednostek obrony terytorialnej mogłoby też powstrzymać i cofnąć dezintegrację społeczeństw wywołaną skrajnym indywidualizmem oraz konsumpcjonizmem. Wokół takich struktur tworzyłyby się nowe społeczności, podobnie jak w przypadku jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej na terenach wiejskich. Działając na terytorium całego kraju, mogłyby istotnie podnosić świadomość bieżących wyzwań i zagrożeń państwa, ale też wzmacniać kręgosłup moralny uczestników. Przepływ funduszy do takich lokalnych organizacji poprawiłby też znacznie poziom ekonomiczny małych miast i wsi, stymulując inwestycje. Wreszcie – obrona terytorialna z prawdziwego zdarzenia, wsparta licznymi stowarzyszeniami i związkami strzeleckimi, skończy z polityką izolacji wojska od narodu, która jest sprzeczna z zasadą cywilnego nadzoru nad armią. Wielu Polaków w dzisiejszych czasach widzi żołnierzy tylko raz w roku, podczas defilady w Święto Wojska Polskiego.

Sprawnie funkcjonujące struktury terytorialne można wykorzystać również do celów edukacyjnych. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby takie jednostki terenowe specjalizowały się np. w transporcie i logistyce lub w łączności teleinformatycznej. Ich członkowie mogliby zdobywać dodatkowe umiejętności na zasadzie wzajemnych szkoleń i przepływu wiedzy. Pozwalałoby to im podnosić swoje kwalifikacje zawodowe, co byłoby pewnym wynagrodzeniem za poświęcenie czasu na rzecz obronności. Jednocześnie byłoby to danie wędki zamiast ryby i zniechęciłoby do wstępowania do takich jednostek osoby, które liczą na świadczenie socjalne w zamian za poświęcenie weekendu na bieganiez karabinem.

Nie psujmy tego, co działa

Niezależnie od tego, czy politycy odpowiedzialni za budowę obrony terytorialnej skupią się na samej obronności, czy będą chcieli użyć jej do większych celów, najważniejsze jest, aby nie zmarnowali energii zgromadzonej w środowisku proobronnym. Procesy, które się tam zaczęły, będą same posuwać się do przodu, ale nie trzeba wiele, żeby tryby przestały się obracać. Wystarczy zbyt agresywna postawa MON, objawiająca się np. chęcią zakontraktowania wszystkich członków organizacji, żeby klimat wzajemnej współpracy się pogorszył.

Inne ryzyko to przelicytowanie lub niepoważne potraktowanie partnera społecznego przez MON. Obietnice, które minister i jego podkomendni składają, powinny być bardzo przemyślane. Muszą odpowiadać na faktyczne potrzeby środowiska proobronnego. Dotyczy to w szczególności zakupu wyposażenia i broni. Polscy politycy mają tendencję do obiecywania gruszek na wierzbie – również jeśli chodzi o sprzęt wojskowy, żeby wspomnieć tylko ostatni zakup blackhawków dla jednostek specjalnych, który miał być sfinalizowany przed końcem 2016 r.

Politycy muszą wreszcie zrozumieć, że jeśli poważne zorganizowane grupy społeczne będą traktować jak partnerów, to ze współpracy z nimi odniosą większe korzyści niż z próby ich wasalizacji. Jest to lekcja do odrobienia dla wszystkich sił politycznych w Polsce. Nasze dzisiejsze elity, wykształcone w czasach komunistycznych, nadal nie do końca rozumieją przewagę spontanicznej działalności  zdeterminowanych ludzi nad przymuszanym czy przekupywanym ludem. Jeśli dostrzegą w środowisku proobronnym potencjał stworzenia nowych propaństwowych elit, a następnie pozwolą im się realizować w ramach współpracy z instytucjami publicznymi, to otrzymają coś więcej niż tylko głosy przy następnych wyborach. Stworzą bowiem jeden z najważniejszych filarów nowej Rzeczypospolitej: samodzielnych obywateli.

Podziel się!