Słabość protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym sprawia, że opozycja jedyną szansę na jej powstrzymanie widzi już tylko w Komisji Europejskiej. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że słynny artykuł 7 to nic więcej, jak polityczna pałka wymyślona na „faszystów” z Austrii.
Na
naszych oczach powoli dogorywają protesty partii i środowisk opozycyjnych wobec
Prawa i Sprawiedliwości w obronie „wolnych sądów”. Chociaż media poświęcają im
sporo uwagi, nie sposób odnieść wrażenia, że cała sprawa jest pompowana, a
realne zainteresowanie opinii publicznej tematem – znikome. Opozycja coraz
bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że zwykli Polacy nie pomogą jej w obronie
stanowiska I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf. Z resztą ona
sama też nie za bardzo pomaga wybierając się w środku starć pod jej biurem na
urlop.
W
takiej sytuacji ostatnią nadzieją protestujących pozostają instytucje Unii
Europejskiej, w szczególności Komisja Europejska, która prowadzi postępowanie
przeciwko Polsce w sprawie naruszenia praworządności. Mechanizm uruchomiony
użyciem artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE) wciąż jeszcze może
odegrać rolę kija wsadzonego w szprychy pędzącego roweru sądowej reformy (czy
też, jak kto woli, rewolucji).
Wiara w zbawienną i rozjemczą rolę procedury ochrony praworządności jest tym silniejsza, im bardziej bezradna staje się opozycja. Warto w takiej sytuacji przyjrzeć się, czy te nieprzebrane pokłady nadziei mają uzasadnienie w faktach. Wyjaśnienie mechanizmu art. 7 TUE wymaga przede wszystkim opisania kontekstu i historii jego wprowadzenia. Wiążę się on nierozłącznie z art. 2 TUE, czyli zbiorem tzw. „wartości europejskich”, których ma chronić. Czym one są i jak je definiujemy?