Trip2India – dni 5-8, czyli Darjeeling time!

Dzień 5 – 17.08.2011 – New Jalpaiguri i Darjeeling – w końcu!!!

10-godzinna przejażdżka pociągiem nocnym w Indiach była dla mnie czymś całkowicie nowym. Generalnie nie przepadam za pociągami w Polsce, a o indyjskich słyszałem tylko tyle, że są cholernie przepełnione i do tego powolne – przez wspomniane wcześniej 10 godzin mieliśmy pokonać ledwie 580 km. Tymczasem okazało się, że kozetki były całkiem wygodne, każda osoba w przedziale miała swoją, było dość czysto i nie śmierdziało. I to nawet w toaletach, które nota bene występują w dwóch „postaciach”: normalnej – indyjskiej (z wielką dziurą) i „western”, czyli naszej – z muszlą klozetową. Gdyby nie fakt, że po Kalkucie miałem głowę pełną przeróżnych myśli i ambiwalentnych odczuć a za poduszkę miał służyć mi plecak, zapewne znakomicie bym się wyspał. Niestety, z 10 godzin podróży ledwie 3 przespałem, ale to i tak lepiej niż dziewczęta, o których wspominałem wcześniej. (Ja też się wybitnie wyspałem. Miałem miejsce przy niezbyt szczelnym oknie, a całą noc padał deszcz… – Jarek) No właśnie – dziewczyny!

Trip2India – dzień 3 i 4

Dzień 3 – 15.07.2011 – Wciąż Kalkuta…

Trzeci dzień w Indiach zaczęliśmy po raz kolejny odwiedzając Sikkim House w celu uzyskania zezwolenia na wjazd do regionu Sikkim. Pogoda była wyjątkowo dobra jak na Kalkutę, powiewał chłodny wiatr (około 30*C), czasem mocniej padało, ale zazwyczaj po kwadransie deszcz ustawał. Zezwolenia uzyskaliśmy od ręki – procedura trwała wyjątkowo krótko jak na Indie, ledwie jakieś 10-15 minut. Bardziej zaskoczyła mnie jednak inna rzecz – otóż Sikkimczycy, nominalnie obywatele Indii, do Hindusów nie są ani trochę podobni. Zdecydowanie najbliżej im do Chińczyków, ale mają chyba trochę milsze rysy twarzy. Więcej będę mógł o nich na pewno napisać za jakieś 2 tygodnie :).

Nowe samochody i budynki w ruinie - typowe dla Kalkuty
Nowe samochody i budynki w ruinie - typowe dla Kalkuty

Trip2India – dzień 1 i 2

Jak zauważyliście, niestety nie udało mi się utrzymać pełnej ciągłości w publikacji notek. Przepraszam Was bardzo serdecznie, ale po prostu nie mamy tutaj internetu, pozostają więc nam wyłącznie kafejki internetowe, a po nie zawsze po całym dniu chodzenia po 15-milionowym mieście mamy jeszcze ochotę na kolejny spacer ;). Ale, jak to mawiali nasi wąsaci przodkowie: ad rem!

Poprzednią notkę zakończyłem przed wylotem z Moskwy do Delhi. Był to wtorek, dzień zero. Ze stolicy Rosji wylecieliśmy Airbusem Aeroflotu (lot współorganizowany przez Air India, więc zabierał sporo Hindusów) o 19:25 czasu moskiewskiego. Do przebycia mieliśmy dystans około 2800 mil. Lot był miły, ale mi i tak nie udało się przespać więcej niż godzinę (za to Jarek spał jak suseł, ale o tym dalej). Na pokładzie zjedliśmy wreszcie pierwszy od kilkudziesięciu godzin ciepły posiłek, dostaliśmy kocyki, poza tym mieliśmy do dyspozycji porażającej klasy mini-komputerki, z możliwością obejrzenia filmów (takie interesujące…) czy pogrania w gry (najciekawszą dla mnie był pasjans…).